Po przybyciu do Petersburga
Po przybyciu do Petersburga przede wszystkim podziękowałam niebiosom za to, że znalazłam się nad morzem. Ujrzałam trzepocącą na Newie angielską banderę, znak wolności, i czułam, że powierzając siebie oceanowi, mogę znów być pod bezpośrednią opieką Boga. Trudno oprzeć się złudzeniu, że Opatrzność bardziej nad nami czuwa, gdy jesteśmy wydani na pastwę żywiołów, niż gdy zależymy od ludzi, a zwłaszcza od człowieka, który zdaje się wcieleniem zła na tej ziemi. Naprzeciw domu, w którym mieszkałam w Petersburgu, wznosił się pomnik Piotra I. Car siedzi na koniu i wspina się na stromą górę pośród węży, które usiłują zatrzymać jego konia. Węże te co prawda umieszczono tu dla podtrzymania potężnej bryły, jaką tworzą koń i jeździec, nie jest to jednak szczęśliwy pomysł, bo jeśli monorcha powinien czegoś się obawiać, to nie zazdrości. Ci, którzy pełzną, nie są też jego wrogami - zwłaszcza Piotr I nie miał się czego bać za życia, chyba tylko tych Rosjan, którzy żałowali dawnych obyczajów swego kraju.
| |